Początek lipca to już otwarta brama do wakacji. Dzieci w domu, upał za oknem, nowe-stare obowiązki i różne ciśnienia. Słowo „wakacje” wywołuje uśmiech tylko u małych ludzi, ci duzi mniej się tym ekscytują, choć czasami też bywa ciekawie. Lipiec to także różne rocznice. Trzeciego jest moja rocznica ślubu, całkiem fajna i przyjemna, bo moja żona wcale o niej nie pamięta i w zasadzie tylko ja przypominam, co redukuje zwyczajowy stres typu „znowu nie pamiętałeś”. Czwartego weselą się Amerykańce, jedenastego smętnieją Polacy. O tej, oficjalnej przecież rocznicy jakoś niewiele się ostatnio mówi, jak ktoś nie wie, co to jest, niech sobie wygugluje, bo warto. Dla mnie początek lipca to także czas przejścia, gdy kończą się nasze domowe walki z mrówkami. Otóż mamy takie małe konserwatorium, jako przedłużenie salonu, taką szklaną przybudówkę ze szklanym dachem i jedną ścianą całkowicie otwieraną na ogródek, której to ściany i tak nie możemy otworzyć, bo kot… I pod podłogą tego pomieszczenia zalęg...
Środek czerwca. Dzieci praktycznie skończyły szkołę. To znaczy, mają jeszcze tydzień, ale zwyczajowo jest to wycieczka, kończąca rok. Wycieczka nie jest obowiązkowa. Kto jedzie, jedzie. Kto nie chce, zostaje w domu. Dosłownie, bo szkoły wtedy nie ma. Dzieci wracają do szkoły w ostatni dzień. Właściwie nawet nie jest to dzień – dostają świadectwa i o dwunastej już wychodzą na wolność. W tym samym momencie wolność rodziców obumiera. Moje nie jeżdżą na czerwcowe wycieczki. Próbowały, nie podobało się. Z różnych powodów. Dla mnie jest to zysk, bo te wycieczki są ogromnie przepłacone, ale też i strata, bo mam dziatwę w domu. Nie będę narzekał, bo nie ma na co. Kocham moje dzieci. Dlatego właśnie nie usłyszycie ode mnie słowa skargi. Usłyszycie tylko ciszę. Bo tego będzie mi najbardziej brakowało przez ponad dwa miesiące. Cisza. Jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie. W ciszy można sobie spokojnie posiedzieć, patrząc przed siebie i ruszając swobodnie palcami u stóp. Można usłyszeć ...