Wieczór. Fajny wieczór, spokojny. Żona przychodzi i mówi, że coś tam ma do oglądania. I że winka by się napiła kieliszek, białego, ale nie ma. No nie ma, tak się składa, że nie ma. To może bym poszedł, to bym sobie przy okazji jakieś piwko mógł nabyć. Nie trzeba było namawiać. Poszedłem. Piękny wieczór, cieplutki, lipcowy. Krótkie spodenki, kroksy, ręce w kieszeni. Wyszedłem za bramę. Cykady wrzeszczą, wiatr szumi, do sklepu mam jakieś dwieście metrów, czego tu nie lubić? Godzina dziesiąta, dzieci śpią, żyć można, czyż nie? Poszedłem, kupiłem. Sklep u nas czynny do północy. Pod sklepem pełno ludzi. Siedzą na ławkach, palą papierosy, niektórzy popijają napoje z puszek, czy butelek, które zaraz odnoszą do sklepu i wymieniają na pełne. Przekrój wiekowy i społeczny pełny. Przeszedłem ulicę. Na przystanku też sporo ludzi, zresztą wszędzie się tutaj ktoś o tej godzinie szwenda. Wracając, pomyślałem, że w Anglii bym o takiej godzinie po wino nie poszedł. Choćby nie wiem co. Prawdopodobnie nie...
Początek lipca to już otwarta brama do wakacji. Dzieci w domu, upał za oknem, nowe-stare obowiązki i różne ciśnienia. Słowo „wakacje” wywołuje uśmiech tylko u małych ludzi, ci duzi mniej się tym ekscytują, choć czasami też bywa ciekawie. Lipiec to także różne rocznice. Trzeciego jest moja rocznica ślubu, całkiem fajna i przyjemna, bo moja żona wcale o niej nie pamięta i w zasadzie tylko ja przypominam, co redukuje zwyczajowy stres typu „znowu nie pamiętałeś”. Czwartego weselą się Amerykańce, jedenastego smętnieją Polacy. O tej, oficjalnej przecież rocznicy jakoś niewiele się ostatnio mówi, jak ktoś nie wie, co to jest, niech sobie wygugluje, bo warto. Dla mnie początek lipca to także czas przejścia, gdy kończą się nasze domowe walki z mrówkami. Otóż mamy takie małe konserwatorium, jako przedłużenie salonu, taką szklaną przybudówkę ze szklanym dachem i jedną ścianą całkowicie otwieraną na ogródek, której to ściany i tak nie możemy otworzyć, bo kot… I pod podłogą tego pomieszczenia zalęg...