Przejdź do głównej zawartości

Posty

Pizza polska

Dziś będzie o pizzy. Trochę ogólnie i trochę bardziej szczegółowo. A dlaczego? Bo to wdzięczny temat. Jedzenie jest zawsze wdzięczne, a pizza jest stałym elementem na polskich stołach. I chyba wszyscy ją lubią. Kocham pizzę. W każdej postaci. Potrafię się nią napchać po kokardę, dosłownie, bo jest to jedna z tych rzeczy, których nie zostawiam niedojedzonych. Dlatego też staram się niezbyt często ją jeść. Za to bardzo często ją piekę, bo dzieci pizzę uwielbiają, zwłaszcza te młodsze, które zbyt wielu rzeczy jeszcze nie jedzą, a czymś karmić przecież trzeba. Od czasu do czasu wpadam na pomysł, żeby coś zmienić. Problem taki, że z pizzą wiele zmienić nie można. Można ją spieprzyć i można ją zrobić super. Można zmienić dodatki i każda będzie smakowała trochę inaczej, ale prawda jest taka, że jak masz dobre ciasto, dobry sos i świeże dodatki, wiele nie namieszasz. Jedyne, co może wznieść domową pizzę ponad pewien poziom, to dobry, opalany drewnem piec. Nic więcej wymyślić się tutaj nie da i...
Najnowsze posty

Wszystkiemu winny dorsz

I po wakacjach. A skoro po, to i pora na małe podsumowanie. Czyli… Fajnie było. Jak to na wakacjach. Spokój, beztroska. Nie trzeba się niczym martwić, nigdzie spieszyć. Największe problemy to gdzie iść i co zjeść. Poza tym sielanka. Polskie morze ma jednak swój urok. Nie wiadomo, na czym on naprawdę polega. Zimne, kurka, no zimne jest. Człowiek, który zakosztował Karaibów, Meksyku, Tajlandii, czy choćby Chorwacji i Grecji, gdzie woda jest jak ciepła zupka, może mieć dosyć rozchwiane oczekiwania. Tym bardziej, o dziwo, pozytywne zaskoczenie. Bałtyk jest zimny, ale fajnie jest w nim pływać, bawić się, czy po prostu taplać na falach. Bardzo orzeźwiające doświadczenie. I przyjemne. Prawdopodobnie przez kontrast zimnej wody i cieplejszego „poza wodą”, którego w cieplejszych morzach nie uświadczysz. Choć z zachwytami bym nie przesadzał, bo polskie lato jest jednak specyficzne i sześć dni słonecznego plażowania na trzy tygodnie pozostawia lekki niedosyt. Zresztą jak nie ma super pogody ludzie...

Pokroić arbuza

Wieczór. Fajny wieczór, spokojny. Żona przychodzi i mówi, że coś tam ma do oglądania. I że winka by się napiła kieliszek, białego, ale nie ma. No nie ma, tak się składa, że nie ma. To może bym poszedł, to bym sobie przy okazji jakieś piwko mógł nabyć. Nie trzeba było namawiać. Poszedłem. Piękny wieczór, cieplutki, lipcowy. Krótkie spodenki, kroksy, ręce w kieszeni. Wyszedłem za bramę. Cykady wrzeszczą, wiatr szumi, do sklepu mam jakieś dwieście metrów, czego tu nie lubić? Godzina dziesiąta, dzieci śpią, żyć można, czyż nie? Poszedłem, kupiłem. Sklep u nas czynny do północy. Pod sklepem pełno ludzi. Siedzą na ławkach, palą papierosy, niektórzy popijają napoje z puszek, czy butelek, które zaraz odnoszą do sklepu i wymieniają na pełne. Przekrój wiekowy i społeczny pełny. Przeszedłem ulicę. Na przystanku też sporo ludzi, zresztą wszędzie się tutaj ktoś o tej godzinie szwenda. Wracając, pomyślałem, że w Anglii bym o takiej godzinie po wino nie poszedł. Choćby nie wiem co. Prawdopodobnie nie...

O mrówkach

Początek lipca to już otwarta brama do wakacji. Dzieci w domu, upał za oknem, nowe-stare obowiązki i różne ciśnienia. Słowo „wakacje” wywołuje uśmiech tylko u małych ludzi, ci duzi mniej się tym ekscytują, choć czasami też bywa ciekawie. Lipiec to także różne rocznice. Trzeciego jest moja rocznica ślubu, całkiem fajna i przyjemna, bo moja żona wcale o niej nie pamięta i w zasadzie tylko ja przypominam, co redukuje zwyczajowy stres typu „znowu nie pamiętałeś”. Czwartego weselą się Amerykańce, jedenastego smętnieją Polacy. O tej, oficjalnej przecież rocznicy jakoś niewiele się ostatnio mówi, jak ktoś nie wie, co to jest, niech sobie wygugluje, bo warto. Dla mnie początek lipca to także czas przejścia, gdy kończą się nasze domowe walki z mrówkami. Otóż mamy takie małe konserwatorium, jako przedłużenie salonu, taką szklaną przybudówkę ze szklanym dachem i jedną ścianą całkowicie otwieraną na ogródek, której to ściany i tak nie możemy otworzyć, bo kot… I pod podłogą tego pomieszczenia zalęg...

O ciszy

Środek czerwca. Dzieci praktycznie skończyły szkołę. To znaczy, mają jeszcze tydzień, ale zwyczajowo jest to wycieczka, kończąca rok. Wycieczka nie jest obowiązkowa. Kto jedzie, jedzie. Kto nie chce, zostaje w domu. Dosłownie, bo szkoły wtedy nie ma. Dzieci wracają do szkoły w ostatni dzień. Właściwie nawet nie jest to dzień – dostają świadectwa i o dwunastej już wychodzą na wolność. W tym samym momencie wolność rodziców obumiera. Moje nie jeżdżą na czerwcowe wycieczki. Próbowały, nie podobało się. Z różnych powodów. Dla mnie jest to zysk, bo te wycieczki są ogromnie przepłacone, ale też i strata, bo mam dziatwę w domu. Nie będę narzekał, bo nie ma na co. Kocham moje dzieci. Dlatego właśnie nie usłyszycie ode mnie słowa skargi. Usłyszycie tylko ciszę. Bo tego będzie mi najbardziej brakowało przez ponad dwa miesiące. Cisza. Jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie.  W ciszy można sobie spokojnie posiedzieć, patrząc przed siebie i ruszając swobodnie palcami u stóp. Można usłyszeć ...

Na Dzień Dziecka

Nadszedł czerwiec, wielkimi krokami idzie lato. Na świecie też jakby goręcej. Cieśniny, wizyty, drony, prowokacje, kredyty, świństwa małe i wielkie. Nihil novi sub sole. A skoro nic nowego, to i nie ma co na darmo strzępić języka. Pierwszy czerwca to też Międzynarodowy Dzień Dziecka. Może raczej coś o tym. Z tą międzynarodowością byłbym zresztą ostrożny, bo poza Europą Centralną i Wschodnią i pewnymi krajami Azji mało kto ten dzień obchodzi (ONZ oficjalnie ustala tę datę na 20 listopada, wyraźnie odcinając byłe kraje socjalistyczne od reszty świata). Anglosasów w ogóle to nie obchodzi. W ich kulturze dzieci nie są chyba aż tak ważne; widzimy, co im szykują. U nas też się już tego w zasadzie nie obchodzi. Moja mama do mnie esemesa wysyła z życzeniami, ja swoim małym też życzenia składam, dam po czekoladzie, bo starej daty jestem. A dzieci? Jak to dzieci – mało ich w młodym wieku obchodzi, swoje problemy mają i te problemy są dla nich najważniejsze. Dzieci, jakie są, każdy widzi. Jakie b...

Plan prawie doskonały

Dziś opowiem wam o tym, jak kiedyś, dawno temu, Francuzi wybudowali Linię Maginota. Był to pas fortyfikacji na ich wschodniej granicy, czy może raczej na ich wschodnich granicach. Francuzi, czując zagrożenie ze strony Niemiec, wybudowali to coś i wtedy poczuli się spełnieni. Usiedli, założyli ręce i, zadowoleni z siebie, czekali. Na rozwój wydarzeń. Zacząłem budować własny pas umocnień dokładnie rok temu. Chodziło oczywiście nie o Niemców, tylko o kota. Mamy niewielki ogródek. W lecie często z niego korzystamy i żal nam było naszego futrzaka. Krążył od okna do okna, patrzył na nas i miauczał. Widać było, jak bardzo chce na zewnątrz, jak bardzo kolorowy wydaje mu się świat po drugiej stronie szyby. Postanowiliśmy mu pomóc. Plan był genialnie prosty. Wygarnąć liście spod krzaków, sprawdzić stan ogrodzenia i zatkać wszystkie dziury. Ogrodzenie to wysokie, metalowe pręty. Za nimi jest dodatkowo druciana siatka. Od naszej strony jest wysoka na chłopa bambusowa ścianka, trochę już stara i wy...

Czyj pomysł

Pisałem ostatnio o tym, że sztuczna inteligencja uważa ludzi za małpy . A przynajmniej za twór, który niedaleko się od małpy oddalił, przynajmniej mentalnie. Fakt, AI uważa też ludzi za pomysłowych, czy raczej jak to złośliwie ujmuje – zdumiewająco pomysłowych. No to błyśnijmy pomysłem. W sercu mojego pomysłu będzie to, co być powinno, czyli chęć przysłużenia się innym, ułatwienia im (i sobie) życia oraz cel najwyższy – pchnięcie skostniałej cywilizacji na nowe tory poprzez zapewnienie jej dobrobytu, stabilizacji i pokoju. Brzmi fajnie, prawda? Założenie całkowicie odmienne od założeń oficjalnych innowatorów, którzy w pocie i znoju pracują, aby innym żyło się… inaczej. Mówię o tych, którzy co chwilę wdrażają jakieś polskie łady, europejskie łady, globalne łady, czy zielone, niebieskie i tęczowe łady. W dodatku wdrażają ich tyle, że ciężko się połapać co i jak, zresztą często są one wdrażane na tajnych, zamkniętych albo nocnych posiedzeniach, więc i tak nie wiadomo ani kiedy wchodzą w ż...

Sztuczny inteligent

Dziś będzie odmiennie. Ostatnio wszyscy pytają o coś sztuczną inteligencję. Ludziom nie wystarczą już zwykłe wyszukiwarki. Bo oto AI, ich nowy bóg, nie tylko dla nich wyszukuje, ale podsuwa gotowe odpowiedzi. Nie trzeba więc się samemu wysilać. Pomyślałem więc, że też się tym razem nie wysilę. Zapytam, tak dla zabawy. Wiadomo, że sztuczna, tak zwana, inteligencja może się przydać do różnych spraw, ale lepiej traktować ją z przymrużeniem oka. Ta rzecz, moim zdaniem, wcale nie jest inteligentna. Jest to po prostu bardzo szybko liczący komputer z dostępem do ogromnej bazy danych. Narzędzie. Któremu daleko do inteligencji. Każdy, kto korzystał, wie, że AI czasami łże jak pies, że ciężko jej (mu? jemu? temu? onej osobie komputerowej?) przebić się przez nałożony kaganiec i często się po prostu myli. Przyparta zaś do muru mętnie tłumaczy, że logika nie jest jej najmocniejszą stroną… Nie chciałem zadawać pytania w stylu „ile mam gotować surowe jajko o wadze siedemdziesięciu jeden gramów, żeby ...

Wielki Skok

(krótki manifest historyczny) Historycy twierdzą, że cywilizacja zaczęła się od rolnictwa. Niektórzy twierdzą, że od ognia. Inni – że od wynalezienia koła. To wszystko bardzo wzruszające. Ale prawda jest prostsza. Cywilizacja zaczęła się od pierwszego udanego skoku . Wyobraźmy sobie scenę sprzed kilku tysięcy lat. Mała grupa ludzi odkrywa pewien niezwykły sekret. Sekret nie polega na sile ani na sprycie w polowaniu. Sekret polega na opowieści. Jeśli opowie się ludziom odpowiednio dobrą historię, zrobią dla niej prawie wszystko. Można im powiedzieć, że ktoś został wybrany przez bogów. Można powiedzieć, że ktoś musi nosić koronę. Można powiedzieć, że ktoś musi zarządzać zbożem, ziemią, złotem i wszystkim pomiędzy. A potem wystarczy tylko… pilnować skarbca. Tak powstała pierwsza wersja Wielkiego Skoku. Na początku był dość prosty. Kilka koron, kilka mieczy, trochę podatków. System jednak szybko się rozwijał. Okazało się bowiem, że ludzie nie tylko mogą oddawać swoje plony czy złoto. Mogą ...

Homo animalensis

Homo animalensis (definicja): Człowiek, który świadomie łamie zasady i działa z wygody, demonstrując absurd, chaos i zwierzęcą bezmyślność. Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem maila od ludzi, którzy zajmują się zarządzaniem terenem, na którym w Anglii stoi mój dom. Administratorzy, którzy dbają o dzielnicę, drogi, oświetlenie i przycinanie krzaków, takie tam. W mailu zwracają się uprzejmie do mieszkańców. Otóż zauważono, że wielu ludzi parkuje na żółtych liniach albo na „terenach zielonych”. Uprasza się więc, aby parkowano tylko tam, gdzie się parkować powinno. Tyle. Dżentelmeńska umowa zawsze oznaczała obopólne zrozumienie i poszanowanie. Problem w tym, że ci ludzie piszą w taki dość staroangielski sposób, który już niekoniecznie obowiązuje. Moja ulica (ach, te piękne nazwy, jak z Hobbita, albo starych bajek, bo ja nie mieszkam na ulicy nikogo sławnego, ani tym bardziej zasłużonego – mieszkam w Leśnej Dolinie na Szczawiowym Stoku) to bardzo spokojne miejsce. Przynajmniej takie b...